Copyright Robert Ćwikowski 

2005-2008 

STRONA GŁÓWNA
O MNIE
ANNALKI
ZARAZACZ
WYPRAWY
» PERU 2008
» SINGAPUR, MALEZJA, TAJLANDIA  2006
» PRIBALTYKA 2006
» MEKSYK 2005
» EGIPT 2004
» CZECHY, AUSTRIA 2004
» SLOWACJA, WEGRY 2003
» PORADNIK
FOTOGALERIA
SUWALSZCZYZNA
PODLASIE
LINKI
KSIĘGA GOSCI
KONTAKT



   

  Galeria - Zdjęcia z wyprawy



Azjatycki Mix

           Przygotowania do kolejnej wyprawy rozpoczęły się tuż po  powrocie  z Meksyku. W zasadzie już wtedy zapadła decyzja, że jedziemy w kolejną podróż do Azji Południowo-Wschodniej. Przez długi okres studiowałem literaturę dotyczącą Azji, aby wybrać dokładnie miejsca docelowe naszej wyprawy. Wybór padł na Tajlandię, Malezję i Singapur a w miarę możliwości jeszcze jakieś pobliskie państwo. Zakupione zostały mapy i przewodniki. Czytałem relacje z podróży osób, które wróciły z tych państw i wybierałem najciekawsze miejsca, które warto zobaczyć i w taki sposób po kilku miesiącach plan został zaakceptowany. W zależności od tego, do jakiego miasta uda nam się kupić bilet powstały dwie trasy, różniące się tylko kolejnością zwiedzania. Nastał więc okres pilnego śledzenia promocji lotniczych.
   Bardzo lubię przygotowania do wyjazdów. Lubię ten dreszczyk emocji, niedowierzanie i niepewność czy aby wszystko się uda itp. Czas wtedy mija bardzo szybko. Nie zauważam przemijających dni i miesięcy tylko aby czym prędzej termin wyjazdu i w drogę.
   Dwa miesiące przed terminem wyjazdu trafiamy w atrakcyjną promocję lotniczą i kupujemy bilety. Nie ma odwrotu. Trasa Warszawa- Singapur – Warszawa z przesiadką w Amsterdamie.
  22 październik, wskakujemy w pociąg, potem samolot, przesiadka i ponownie 12 godzin lotu do Singapuru. Jesteśmy uffff.
   Naszą wyprawę rozpoczynamy w Singapurze. Pierwsze wrażenie takie, że to miasto-państwo  to moloch wieżowcowy. Na lotnisku łapiemy taxi i jedziemy do dzielnicy, w której wypatrzyliśmy hotel. Jest późne popołudnie. Hotel Emerald, jak się zorientowaliśmy znajdował się powiedzmy w mało eleganckiej dzielnicy bo dzielnicy „czerwonych latarni” ;)))) hmm ale był tani. Opinia o dzielnicy lekko przesadzona bo okazało się że i owszem „pracujące” panie spotykaliśmy ale było ich nie wiele i tak naprawdę dzielnica bardzo spokojna, zamieszkana chyba przede wszystkim przez chińczyków. Po zakwaterowaniu w hotelu ja padłem a reszta ekipy nie mogła wytrzymać i ruszyła do miasta. Obeszli chyba tylko rejon hotelu ale i tak wrócili z tysiącem opowieści ;)))))) no i jakimś jedzonkiem. Piszę jakimś bo nie wiem co jedliśmy ale nie było to coś najgorsze. Profilaktycznie i delikatnie odkaziliśmy brzuszki przemyconą z Polski 40 procentówką i spać.
    Na Singapur przeznaczyliśmy 3 dni. W pierwszy dzień pieszo ruszyliśmy w kierunku Małych Indii, mijając po drodze jeden z meczetów i cmentarzy muzułmańskich. Małe Indie, oczywiście zamieszkane przede wszystkim przez Hindusów. Zabudowa niska i bardzo kolorowa. W ogóle Hindusi a raczej Hinduski ubierają się bardzo kolorowo i wyglądają jak piękne motyle, naprawdę cudny widok. Z Małych Indii ruszyliśmy w kierunku Orchard Road czyli głównej ulicy Singapuru. Naczytałem się o tym miejscu wiele więc koniecznie chciałem zobaczyć tę ulicę. Ogólnie ulica i całe to miejsce ładne, nowoczesne ale nie dla mnie. Tłok i jeszcze raz tłok, tysiące ludzi i przede wszystkim turystów. Mnóstwo knajpek, barów i nie zawsze tanio. Nie powiem miło było posiedzieć przy tej znanej ulicy przy mrożonej kawie zwłaszcza że było ponad 30 stopni ale miejsce mało egzotyczne.
   Dzień drugi. Zatęskniliśmy za zwierzętami, zatem metrem udaliśmy się do Singapurskiego ZOO. Kawał drogi z naszego hotelu. Na mapce wyglądało tak, że ze stacji metra będziemy mieli tylko kawałeczek do ZOO. Wysiedliśmy z metra i poszliśmy w kierunku ZOO… szliśmy i szliśmy, szliśmy i szliśmy….szliśmy już ok. godziny i byliśmy nieźle zmęczeni bo pod górkę, temperatura 30 stopni, wilgotność chyba 100 % poza tym było to za miastem, same autostrady bez chodników więc skakaliśmy przez rowy i krzaki aż tu nagle tablica: „ Singapore ZOO – 5 km”!!!!!!! – wymiękliśmy.
   Doczłapaliśmy się do jakiegoś przystanku, rozszyfrowaliśmy chińskie znaczki, stwierdziliśmy że być może będzie autobus do ZOO. I owszem autobus przyjechał i jak najbardziej do ZOO. Ale nie byliśmy przygotowani pieniężnie bo kierowcy trzeba dać ustaloną kwotę za bilet bo …nie wydaje pieniędzy. Na nasze szczęście było kilku podróżnych w autobusie, którzy mieli z nas niezły ubaw bo zaczęła się akcja rozmieniania nam singapurskich dolarów. Tubylcy bardzo mili i chętni do pomocy i właśnie przy ich pomocy udało nam się dojechać do ZOO.
   W ZOO spędziliśmy cały dzień bo jest niesamowite. Podzielone jest tematycznie np. zwierzęta Afryki, pawilon australijski itp. Oznaczony idealnie i nie można się zgubić. Ogromne wybiegi dla zwierząt i tak naprawdę w wielu miejscach nie było żadnej barierki odgradzającej zwiedzających od zwierząt. Małpy skaczące nad głowami, pod nogami biegające najmniejsze na świecie sarenki. Woliery ptaków tak ogromne, że wchodzi się do nich do środka. Po prostu coś pięknego. Z głową pełną wrażeń bardzo późnym wieczorem wróciliśmy do hotelu.
   Kolejnego dnia zaplanowaliśmy, że opuszczamy hotel, bagaże zostawiamy w przechowalni na dworcu, zwiedzamy jeszcze Singapur i wieczorem jedziemy do Malezji. Niestety na dworcu okazało się, że nie ma przechowalni bagażu, była tylko mała kanciapka dróżnika ale już zapchana plecakami, nie było rady akurat podjechał autobus do Malezji do miasta Johor Baru, kupiliśmy bilety i żegnaj Singapur a witaj Malezjo.
   Malezja przywitała nas zaledwie po 1,5 godziny jazdy. Johor Baru jest dość dużym miastem i już bardzo różni się od Singapuru. Już nie jest tak nowoczesne. Choć widać duży wpływ pobliskiego państwa. W Johor Baru kupiliśmy bilety na pociąg do Kuala Lumpur, bagaże zostawiliśmy u pani w sklepiku pod schodami i mając 10 godzin do odjazdu wyruszyliśmy pozwiedzać miasto.
    Tuż po wyjściu z dworca zostaliśmy namierzeni przez miejscowych złodziei, my ich namierzyliśmy również szybko. Chodzili za nami dość długo ale nie ukrywaliśmy , że ich nie widzimy wręcz przeciwnie dawaliśmy im do zrozumienia, że nie mają szans nas okraść ;)))))), po dobrej godzinie odpuścili. Ale nie powiem było nie swojo i wrażenia z Johor Baru mało ciekawe.
    W końcu doczekaliśmy się na pociąg, zajęliśmy miejsca w najtańszym wagonie bo już nie było innych miejsc i ruszyliśmy. Niestety wagon z siedzeniami lotniczymi bez przedziałów, niektórzy chodzili tam i z powrotem a podróż nocą 7 godzin. Ogólnie mało spania i rano w Kuala Lumpur jesteśmy nieźle padnięci. Na dworcu łapiemy taksówkę i podajemy adres  pierwszego lepszego hotelu z przewodnika. Trafiamy idealnie. Hotel a raczej pensjonat znajdował się kilkaset metrów od centrum miasta, w skromnym budyneczku pośród ogromnej zabudowy. Cudne pokoje z łazienkami, ładnym tarasem na dachu i w ogóle tak jakoś bardzo domowo. Rzucamy plecaki na podłogę a siebie na łóżka i odsypiamy pociągową noc.
   Kilka godzin snu bardzo dobrze nam robi. Wypoczęci ruszamy aby przywitać się z jeszcze całkiem do niedawna największymi budynkami świata Petronas Towers. Kuala Lumpur a przynajmniej ta część miasta zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Przygotowany byłem na hałas , tłok brud i smród a tu czysto, spokojnie i bardzo nowocześnie. Dwie wieże są niesamowite. Umiejscowione są w parku, prawie dookoła zielono, fontanny, drzewa, ławeczki, basen pełen rodziców z dzieciakami - rewelacja. Poza tym pogoda była piękna. Bezchmurne niebo, leciutki chłodzący wiaterek – cudo. Nawet mnogość turystów nie przeszkadzała.
   Następnie udajemy się przez Małe Indie do Chinatown. W Małych Indiach nagle zmiana pogody i łapie nas deszcz w dodatku głodni wbiegamy do restauracji. Lokal prowadzony przez Hindusa. Imienia niestety nie powtórzę ;)))). Fantastyczny człowiek, przede wszystkim bardzo miły i uczynny. Przyrządził nam specjały swojej kuchni – jednym słowem niebo w buzi. Nigdy nie jadłem tak doskonale przyrządzonego ryżu, warzyw i kurczaka z orzechami - delicje. Najedzeni jak bączki dotarliśmy do China Town, był już wieczór. China Town to egzotyka w 100 % dużo by opowiadać.
  To był bardzo intensywnie spędzony dzień, zrobiliśmy mnóstwo kilometrów bo cały czas przemieszczaliśmy się pieszo. Widzieliśmy nowoczesne Petronas Towers, skosztowaliśmy hinduskiej kuchni, targowaliśmy się z chińczykami, błądziliśmy w drodze powrotnej do hotelu, dostaliśmy na uszy bo niechcący weszliśmy do świątyni nie zdejmując butów itd. To był krótki ale intensywny pobyt w stolicy Malezji.
   Rano spakowaliśmy plecaki, przemieściliśmy się na drugi koniec miasta na dworzec autobusowy skąd wyruszyliśmy w kierunku Taman Negara – Parku Narodowego na którego terenie znajdują najstarsze lasy deszczowe, które liczą 130 mln lat. Autobusem dojechaliśmy do Jeruntat. Tam też planowaliśmy kupić pozwolenie na wejście do parku i dojechać do osady Kuala Tahan – siedziby parku z którego rozpoczynają się szlaki po lasach. W przewodniku znaleźliśmy adres biura, które oferuje kupno pozwolenia i organizuje transport. Niestety cena jaką nam zaoferowali była jak dla nas za duża. Poza tym nie chcieli sprzedać nam samego pozwolenia. Możliwe było kupno pozwolenia tylko i wyłącznie z biletem na bus w obie strony za koszmarne pieniądze, uzyskaliśmy również informacje, że pozwolenie na wejście do parku kupimy tylko u nich bo na miejscu nie można. Rozmowa była mało sympatyczna i podziękowaliśmy za usługę.                      Zaczepiliśmy natomiast stojącego taksówkarza, który bardzo chętnie zgodził się zawieść nas do Kuala Tahan informując, że jak najbardziej w siedzibie Parku kupimy pozwolenie na wejście. I rzeczywiście była to prawda w dodatku dojechaliśmy do Parku za pół ceny proponowanej przez biuro – oszuści i nie polecam korzystać z ich usług.
   Droga do osady Kuala Tahan była niesamowita, jechaliśmy przez ogromne sady palmowe, mijaliśmy biegające małpy i mnóstwo udomowionej zwierzyny. Dojechaliśmy na miejsce jak było już zupełnie ciemno. Wynajęliśmy pokoje w hoteliku i nie mogliśmy nasłuchać się odgłosami dżungli bo osada znajduje się w jej otoczeniu. Nocny spacer nad rzekę i późna kolacja na pływającej łodzi w towarzystwie cykad to cudowne zakończenie dnia.
   Rano przygotowaliśmy się na wymarsz do dżungli. Przeprawa na drugi brzeg rzeki, wpis do ksiązki w siedzibie Parku i wyruszyliśmy szlakiem do Conopy Walkway – wiszące mosty na wysokości ponad 25m. Niesamowitym przeżyciem jest sam marsz szlakiem, gdzie po drodze obserwowaliśmy skaczące małpy nad głowami, jakieś kuraki podobne do naszych bażantów z tym że większe , skakaliśmy nad 3cm mrówkami, zaglądaliśmy do dziur w ziemi w których mieszkały ponoć jakieś kudłate pająki i podziwialiśmy jakiegoś futrzaka podobnego do naszego tchórza. Poza tym otaczała nas przepiękna roślinność, potężne drzewa, kolorowe kwiaty i latające motyle.
   Niezapomnianym przeżyciem był również spacer po wiszących mostach. Temperatura w lasach była potworna do tego potężna wilgotność – my się tam nie pociliśmy z nas się po prostu lało. Postanowiliśmy się gdzieś ochłodzić i wybraliśmy się nad rzekę. Było to jedno z największych przeżyć. Prawdziwa rzeka w dżungli, nad głowami dzioborożce na przemian z małpami, nie pewność czy jakiś krokodylo nas nie namierzył ale co tam. Kąpiel w rzece była niesamowita. Cały dzień w lasach, tego mi brakowało.
    Rano pobudka, niestety pakujemy plecaki zostawiamy w recepcji i wyruszamy w poszukiwaniu możliwości powrotu do Jeruntat. Po małym straszku udaje nam się kupić bilet na bus, cały dzień spędzamy jeszcze w parku wędrując po okolicy. Wieczorem dojeżdżamy do Jeruntat. Tam kupujemy bilet na pociąg do Kota Baru, miasta tuż przy granicy z Tajlandią.
   W Kota Baru jesteśmy o 8 rano i mamy w planie tego dnia przekroczyć granicę z Tajlandią ale okazuje się , ze nie będzie to takie proste.
   Przed wyjazdem z Polski zorientowaliśmy się, że wizę do Tajlandii dostaniemy na granicy i wzięliśmy tę wiadomość dosłownie, czyli wizę dostaniemy na przejściu granicznym. Opuściliśmy Malezję pieszo. Doszliśmy do granicy Tajskiej i uzyskaliśmy wiadomość, że na granicy wizy nie dostaniemy i musimy wracać do Malezji aby w Konsulacie Tajlandii w Kota Baru złożyć wniosek, czekać 1 dzień na wydanie wizy i wtedy nas zapraszają. Ogólnie nie było sympatycznie bo nie chcieli nas wpuścić ponownie do Malezji, więc utknęliśmy w pasie granicznym. Jednak po wielu naszych prośbach i jękach do Malezji nas wpuszczono. Szybki rejs do Konsulatu przed zamknięciem i wnioski udało nam się złożyć. W Kota Baru nieplanowany nocleg i rano odbiór paszportów z wizami. Tym razem z przekroczeniem granicy nie było problemów. Powitano nas z dużym uśmiechem na twarzy. ;)))))
    Tajlandio witaj. Podróżowaliśmy już kilkanaście dni bez dłuższego pobytu, postanowiliśmy zatem, że teraz czas na leniuchowanie. Obraliśmy namiary na wyspę Ko Lanta nad morzem andamańskim.
   Tajlandia przywitała nas puczem wojskowym. Wszędzie mnóstwo żołnierzy i jakieś takie napięcie w powietrzu. Dowiedzieliśmy się, że południe Tajlandii chce się odłączyć od reszty kraju i przyłączyć do Malezji z tym, że Malezji chyba nie za bardzo na tym zależy, więc taka trochę patowa sytuacja. Poza tym Tajlandia zupełnie inna niż Malezja. Kolorowo, ludzie uśmiechnięci, uprzejmi, tacy pokorni i no bardzo tanio jak dla nas.
   Gdy przekroczyliśmy granicę pociągiem dojechaliśmy do miejscowości Hat Yan, potem autobusem do Trang i tu zatrzymaliśmy się na nocleg. Byliśmy już z dala od niebezpiecznego rejonu. W Trang zrobiliśmy zakupy, kupiliśmy bilety na prom na wyspę i po kilku godzinach jazdy w końcu dotarliśmy na Ko Lanta. Zatrzymaliśmy się w Sunmoon Bungalow na południu wyspy. Pobyt na wyspie to coś czego nie zapomnę nigdy. Przede wszystkim z dala od tłumów turystów, przepiękna plaża z mnóstwem krabów i muszelek. Woda ciepła aż nie przyzwoicie. Dookoła setki motyli, kokosów i fantastyczni właściciele serwujący doskonałą kuchnię i dbający o rodzinną atmosferę. Czy tak może wyglądać Raj? ;)))
   Na wyspie przeżyliśmy emocjonujący  trekking na słoniach po dżungli, pływaliśmy po morzu andamańskim i zamkniętych lagunach podziwiając podwodny świat zwierząt. Poczułem ukłucie jakiegoś podwodnego stworka i trzymałem w ręku meduzę i rozgwiazdę. Wrażenia nie dopisania.
   Po kilku dniowym pobycie na wyspie kolejnym miejscem podróży była stolica Tajlandii – Bangkok. W Bangkoku spędziliśmy 3 dni. Zobaczyłem większość świątyń, podziwiając ich ogrom i mieszkającego w nich Buddę. Ponadto mogłem zobaczyć inny, biedny Bangkok pływając jego kanałami. Miasto piękne ale głośne, mnóstwo turystów i niestety nie za czyste ale zrobiło na mnie duże wrażenie bo tak właśnie sobie wyobrażałem to azjatyckie miasto.
     Z Bangkoku szybki przelot do Singapuru i powrót do Domu.
    Wyjazd pozostawił lekki niedosyt bo to ogromny rejon i przepiękny zarazem. Nie sposób było wszystkiego zobaczyć bo były ograniczenia czasowe. Ale Azja przecudowna, zaskakująca miejscami i jakże inna niż to co mamy na co dzień.


Powrót