Copyright Robert Ćwikowski 

2005-2008 

STRONA GŁÓWNA
O MNIE
ANNALKI
ZARAZACZ
WYPRAWY
» PERU 2008
» SINGAPUR, MALEZJA, TAJLANDIA 2006
» PRIBALTYKA 2006
» MEKSYK  2005
» EGIPT 2004
» CZECHY, AUSTRIA 2004
» SLOWACJA, WEGRY 2003
» PORADNIK
FOTOGALERIA
SUWALSZCZYZNA
PODLASIE
LINKI
KSIĘGA GOSCI
KONTAKT



   

   
 Galeria - Zdjęcia z wyprawy

Indiańskie marzenie

         Co przeciętny Polak wie o Meksyku? Raczej niewiele no zapewne powie, że Meksyk to Tequila, kaktusy, pikantne jedzenie i Indianie. Ale wyobrażenie o Meksyku jest raczej skromne. Jadąc ze znajomymi do Meksyku również nie wiedziałem jak ten kraj naprawdę wygląda. Posługiwałem się raczej stereotypami, którymi nie powinienem się chwalić.
  Jeden z przyjemniejszych okresów to było przygotowywanie się do wyjazdu, przede wszystkim oszczędzanie pieniędzy...Czy to może być przyjemne? Zapewniam, że tak. Wiedząc gdzie będę za kilka miesięcy, odkładanie pieniędzy było bardzo przyjemne ;). Ponadto grzebanie w Internecie, zbieranie informacji o miejscach, które należy zobaczyć. Zakupy, żeby wyposażyć się w najpotrzebniejsze rzeczy i ten dreszczyk emocji przed wielką niewiadomą. Nie ukrywam, że było bardzo dużo obaw czy poradzimy sobie sami w tym ogromnym kraju. Język angielski znaliśmy tylko w stopniu podstawowym jednak z zebranych informacji wynikało, że nie przyda nam się za bardzo jego znajomość, natomiast język hiszpański znaliśmy tylko z rozmówek i samouctwa, które miało miejsce dwa miesiące przed wyjazdem. Jechaliśmy na wariata ale mimo tego byliśmy optymistycznych myśli. Jednak teraz mogę stwierdzić, że dobra znajomość języka angielskiego bardzo by nam się przydała.
   Pierwsze kroki w Meksyku postawiliśmy w mieście Cancun. I od razu uderzyła nas niesamowita przychylność i chęć pomocy Tubylców. Wychodząc z lotniska zostaliśmy przez miłego pracownika lostniska niemalże poprowadzeni za rączkę do kasy aby kupić bilet do centrum miasta, potem skierował nas do autobusu, dostaliśmy wodę i naprawdę zaskoczeni takim zachowaniem czekaliśmy na odjazd. Kolejne miłe zaskoczenie po wyjściu z autobusu, to wtedy gdy wyciągnęliśmy mapę aby odszukać ulicę, na której znajdował się nasz hotel. " Zwykli" przechodnie zatrzymywali się pytając w czym mogą pomóc, czego szukamy itd. Oczywiście bez zapłaty za tą usługę . Jak się okazało później, tak było wszędzie podczas naszej podróży. Byliśmy bardzo miło zaskoczeni i od pierwszego dnia pokochaliśmy ten kraj.    
    Cancun jest typowo turystycznym miastem obleganym przez Niemców - emerytów i leniwych Amerykanów. A Meksykanie, nauczeni przez nich, nastawieni są na jak największy zarobek. Dlatego po zregenerowaniu sił, spakowaliśmy plecaki i uciekliśmy z tego miasta do stolicy państwa-największego miasta świata - Mexico City.
     Autobus jedzie 24h. Autobus jechał min. przez. Meride, Cordobe, Pueblo.. Zatrzymuje się co ok.6 godzin na 30 min, podróż wcale nie jest męcząca a przy okazji można podziwiać niesamowite widoki z okna. Meksykanie są bardzo zorganizowani i co się rzuca w oczy bardzo czyści. Uliczki są zadziwiająco czyste. Ludzie czyszczący chodniki wodą z mydłem to widok niemalże codzienny. Dworce, toalety, nawet w mikro miejscowościach pachnące i zadbane. Cudo. Dojeżdżaliśmy. Samo stwierdzenie największe miasto świata wywoływało u nas gęsią skórkę. Pełni obaw ale również podnieceni wjechaliśmy do stolicy kraju. Dworzec bardzo, bardzo dobrze oznakowany i nie można się zgubić. W dość prosty sposób złapaliśmy taksówkę, która z dworca zawiozła nas do centrum na słynne Zockalo Mexico City. Z plecakami na plecach przechodziliśmy wśród ogromnej ilości ludzi, samochodów i różnych budowli.. Niestety miasto zrobiło swoj i po kilkunastu minutach, zaczęliśmy wpadać w panikę bo w żaden sposób nie mogliśmy znaleźć ulicy, na której był nasz z góry upatrzony hotel. To akurat nie było przyjemne ale udało się choć nie wiemy w jaki sposób znaleźliśmy się tuż obok hotelu. Miasto Meksyk stało otworem przed nami na dwa dni (!) jak się później okazało tylko dwa dni zdecydowanie za mało. Miasto cudowne i dla nas bezpieczne. Bezpieczne dlatego, że nie było ani jednej niemiłej sytuacji z Tubylcami. Jednak zaskakiwały ogromne mury wokół budynków mieszkalnych. Najczęściej te mury zabezpieczone były drutem kolczastym albo wmurowanymi pobitymi butelkami. W związku z tym podejrzewaliśmy, że jest chyba duża przestępczość w tym mieście i to najprawdopodobniej w nocy. W dzień czuliśmy się bardzo bezpieczni. Oprócz zwiedzenia centrum miasta, metrem wyruszyliśmy do dzielnicy Coyocan. Meksykanie na ogół nie są wysocy tak do 170 cm ale najczęściej to do 150 cm, dlatego też czuliśmy się dziwnie, zwłaszcza w metrze, gdyż na wszystkich patrzyliśmy z góry a nie należy to do codzienności bo w Polsce to raczej na nas patrzą z góry :). Będąc w Mexico City pojechaliśmy do Theotiuacan - pierwszej stolicy ze słynnymi piramidami Słońca i Księżyca - piramidy robią ogromne wrażenie, zwłaszcza jak człowiek zastanowi się ile pracy włożyli w budowę Indianie. Oczywiście są tam tłumy ludzi z całego świata i miejsce trochę na tym traci. Ponadto trochę słabo jest przygotowane pod kątem toalet itp.ale to szczegół.
    Kolejnym miastem podróży było miasto Oaxaca. Oaxaca to śliczne z kolorowymi kamieniczkami miasto. Spacer po cudownym i bardzo zadbanym deptaku, wśród kolonialnej zabudowy powodował że czas się cofał. Orkiestra w parku gra walczyka, ktoś tańczy, pucybuci pastują co się da, nawet sandałki uprzednio zabezpieczając nogę przed pobrudzeniem. Pod katedrą obchodzone jest święto kościelne, lecz mieszkańcy trzymają na kijach kukły tak jak w Polsce na wiosnę Marzannę. Babcie siedzą na ławeczkach, wnuczki biegają po parku, dziadkowie grają w jakąś grę. Czas nie istnieje. Oaxaca to chyba stolica Mezkalu, (trunek z robakiem) - był wszędzię. Ponadto jest w Oaxaca bazarek, w którym można kupić na obiad uciekające z miski pędraki, dżdżownice i prażone świerszcze czyli miejscowe przysmaki Oczywiście zostały skosztowane prażone świerszcze, które nawet smakowały, skromny zapas został zrobiony i przywieziony do Polski. W Oaxace postanowiliśmy, że będąc tak blisko Oceanu Spokojnego byłoby grzechem nie zobaczyć tego największego z oceanów. Wyruszyliśmy więc w kierunku Pacyfiku.  
    Wykupiliśmy bilety na nocny autobus do miejscowości Pochutla. Z Pochytla taksówką ok 13 km do miejscowości Mazunte. Troszeczkę żle zaplanowaliśmy godzinę przyjazdu, bo w Pochutla byliśmy o 5 nad ranem. A 5 nad ranem to w tym miejscu okropna ciemnica i okolice mini dworca wyglądały jak z horroru, zwłaszcza, że nie było widać żywej duszy, natomiast było słychać odgłosy bliżej nieokreślonych istot. W końcu po godzinie pojawiła się pierwsza taksówka, którą powitaliśmy z nieukrywaną radością i w drogę . Mazunte to taki mini raj. Ciepłe aczkolwiek niebezpieczne i głośne wody oceanu. Przepiękna plaża i biegające po niej kraby i żółwie. Kokosy spadające z palm. Kolibry jak motylki śmigające z kwiatka na kwiatek no i cabanis na stoku w samej dżungli. Plaże Mazunte to najpiękniejsze miejsce jakie widziałem i może nie chodzi o sam wygląd ale klimat i nastrój jaki to miejsce wywołuje. Super szybki dwudniowy wypoczynek. Z Mazunte nie chciało się wyjeżdżać ale cóż trzeba było trzymać się wcześniej zaplanowanej trasy.
    Kolejne miasto to San Cristobal de las Casas . Miasto położone w górach, jadąc do miasta mijaliśmy chmury, które zostawały w dole a my cały czas zakrętami pięliśmy się w górę z nosem przyklejonym do szyby autobusu. I z duszą na ramieniu podziwialiśmy umiejętności akrobatyczne autobusu i prowadzącego go kierowcy. Będąc w San Cristobal nie można nie widzieć kanionu Sumidero- rewelacja. Przejażdżka łódką po rzece Rio Grijalva wśród krokodyli, pelikanów i cudownych widoków była rewelacyjna i niezapomniana. Kolejny dzień to wg. planu zwiedzanie miasta i okolicznych wiosek indiańskich. Niestety pogoda spłatała figla i spadł potworny deszcz, który padał i padał. Z ulic zrobiły się rzeki z rwącym nurtem i głębokością do kolan. Tego dnia planu nie wykonaliśmy. Z San Cristobal udaliśmy się w kierunku miejscowości Palenque.
     Po drodze zwiedziliśmy Aqua azul - rzeka w dzungli na której są cudowne kaskady wodne oraz Misol - Ha 30 metrowy wodospad. Widoki były niesamowite, zapierające dech w piersiach. Palenque. Miasto w dżungli, które Indianie nie wiadomo dlaczego nagle opuścili. Cudowny spacer wśród przepięknych budowli, wycia wyjców i ryku bliżej nie określonych zwierząt zrobił na nas chyba największe wrażenie podczas całego pobytu w Meksyku. Palenque różni się bardzo od Theotiuacan. Budowle i piramidy w Theotiuacan leżą na otwartej przestrzeni, jedynie wśród niewielu drzewek figowca i opuncji. Natomiast budowle w Palenque znajdują się w środku prawdziwej, dusznej, wilgotnej i nienaturalnie zielonej dżungli. Poza tym miejsce jest bardzo zadbane i dopieszczone. Kilkugodzinny pobyt w Palenque i w drogę do Tulum miejsca docelowego na krótki odpoczynek przed powrotem do Europy.
    Kilkugodzinne szukanie hotelu w Tulum uświadomiło nam, że w Tulum przy plaży nie znajdziemy tradycyjnego hotelu. Przy plaży znajdują się tylko cabanias, czyli domki z patyczków pokryte liśćmi z palmy, czasami z łazienką. A my trochę zmęczeni, potrzebowaliśmy przede wszystkim miejsca do wyspania się i odświeżenia ubrań. Niestety w Tulum nie było to możliwe. Szybka decyzja i jechaliśmy do Playa Del Carmen. Playa mocno amerykańska . Zupełnie nie czuje się Meksyku, mnóstwo turystów i nieziemsko drogo. Jedyne co w Playa nam się podobało to dyskoteka w nocy na plaży :). Mimo to pobyt w Playa to ciekawe doświadczenie.
    O Meksyku wiem teraz znacznie więcej. Przede wszystkim jest to bardzo nowoczesny i zadbany kraj, wyposażony w wszelkiego rodzaju nowości techniczne ułatwiające życie i podróż. Ludzie są bardzo mili, uczynni i pomocni. Jednak zauważalna jest duża różnica między bogatymi i biednymi. Najbiedniejsi to rdzenni Indianie i nie wiem czy są rzeczywiście biedni czy po prostu wierni są swojej tradycji. W każdym bądź razie wioski są bardzo skromne. Indianie wytwarzają piękne figurki i inne ozdóbki, a także na każdym kroku można kupić pieczoną kukurydzę posmarowaną masłem. Natomiast kuchnia moim zdaniem, a lubię jeść , nie była rewelacyjna. Mit o doskonałej i smacznej kuchni meksykańskiej jest moim zdaniem przesadzony. Niestety placki kukurydziane podawane do wszystkiego nie smakowały mi bo mają brzydki zapach i dziwny smak. Wszystko jest potwornie ostre i w zasadzie każda potrawa smakuje tak samo czyli żywym ogniem. Jest mało urozmaiconą kuchnią i nastawioną w zasadzie na zapełnienie żołądka niż na delektowanie się smakiem. No i w Meksyku jadłem jak dotąd najpotworniejszą potrawę a były to placki kukurydziane swego rodzaju naleśniki wypełnione pastą z fasoli polane sosem czekoladowym albo odwrotnie naleśniki z czekoladą polane sosem z fasoli, uff to było straszne. Za to doskonałą potrawą był koktajl z małż św. Jakuba, cudo.

Powrót