Copyright Robert Ćwikowski 

2005-2008 

STRONA GŁÓWNA
O MNIE
ANNALKI
ZARAZACZ
WYPRAWY
» PERU  2008
» SINGAPUR, MALEZJA, TAJLANDIA 2006
» PRIBALTYKA 2006
» MEKSYK 2005
» EGIPT 2004
» CZECHY, AUSTRIA 2004
» SLOWACJA, WEGRY 2003
» PORADNIK
FOTOGALERIA
SUWALSZCZYZNA
PODLASIE
LINKI
KSIĘGA GOSCI
KONTAKT



   

 Galeria - Zdjęcia z wyprawy

W krainie Costy Sierry i Selvy

    Lot Iberią - Warszawa - Madryt a następnie kolumbijską Avianca - Madryt - Bogota - Lima.
    W Madrycie jesteśmy dość późno, bo ok. 21.30. Wskoczyliśmy do metra i z kilogramami na plecach pojechaliśmy na Av. de Prado, gdzie znajdował się nasz wcześniej zarezerwowany hostel. Długa to była podróż. W metrze przesiadaliśmy się 3 razy jadąc ok. godziny a potem druga godzina to szukanie naszego hostelu. Matko jedyna ile my się nachodziliśmy po Madrycie zanim znaleźliśmy tę norkę. W dodatku na miejscu okazało się, że pokoje mamy niepotwierdzone - nie z naszej winy- i wolnych nie ma. Prawie północ a my siedzimy w czymś, co było recepcją i myślimy, co by tu robić. Po ok. 30 min do hotelu przyszedł chyba właściciel, który zaproponował nam inny hostel z wolnymi miejscami. Plecaki na plecy i kolejny kilkunastominutowy spacerek uliczkami. Jesteśmy na miejscu. Hostelik sprawia wrażenie zadbanego. Dostajemy czteroosobowy pokoiczek. Pokoiczek, bo to nawet pokoik nie był. 3 metry na 3 w tym jedno piętrowe łóżko, jedno matrymonialne, szafki, szafeczki, stołki i stoliki. Powietrza było za mało dla nas czterech nie mówiąc już o przestrzeni. Plecaki najlepiej czuły się na naszych plecach, bo tam miały najwięcej miejsca. Ale nie jest źle. Byliśmy trochę zmęczeni, więc dziękowalibyśmy za cokolwiek. Chwilkę trwało przystosowanie pokoiczku do naszych potrzeb. Zbędne mebelki zostały wciśnięte w kąt. Plecaki do szaf, nawet ścieżka bez przeszkód powstała do mikro łazieneczki. Jest cudnie.
    Rano medycznie przygotowujemy się do kilkunastogodzinnego lotu i jedziemy na lotnisko. Odprawa i startujemy. Linia lotnicza Avianca stara się być czołowym Latino przewoźnikiem i nie powiem całkiem przyzwoicie jej to wychodzi. Obsługa samolotu bardzo miła. Jedzenie bardzo smaczne, napojów, wody itp. ile dusza zapragnie. Jak przypomnę sobie lot do Singapuru firmą KLM to aż nerw rusza. Gdyby trzeba było lecieć troszkę dalej to jak nic wysechłbym, bo odwodniony byłem na 100% a jak człowiek poprosił o kropelkę to i tak niezbyt urodziwe stewardesy robiły takie miny jakbym prosił o całe wiaderko. A o dolewce do obiadu nawet nie było mowy. Nie i już. A wiadomo napojów do samolotu zabierać nie można.
    Avianca naprawdę zaskoczyła pod tym względem. Lot do Bogoty minął nawet szybko. W Bogocie jesteśmy tylko tranzytem. Na lotnisku po wyjściu z samolotu zostaliśmy przechwyceni przez kobietę, która wykrzykiwała słowo TRANSIT! TRANSIT! Ustawiła wszystkich tranzytowców pod ścianę i kazała czekać aż nazbiera się większa grupka. Dookoła żołnierze, Policja, Celnicy? - Kto ich tam wie. Ogólnie mówiąc jakoś taka gęsta w atmosfera się zrobiła. Jest sygnał, nakaz marszu we wskazanym kierunku. Idziemy wąskimi korytarzykami oddzielonymi szybami od miejsca gdzie celnicy? policja? Sprawdzają podróżnym bagaże. Widok jak z amerykańskich filmów. Długi stół z jednej strony przerażeni podróżni z drugiej policjanci, którzy nożami przecinają pakuneczki znalezione w podręcznym bagażu. Nie robią tego delikatnie, wręcz przeciwnie. Co tam znaleźli nie wiem, bo musieliśmy iść dalej. Doszliśmy do miejsca z kolejnymi bramkami. Bramka milczy, jest dobrze, ale za bramką stoją policjanci i jak nic namierzają nas. Nie sposób nas nie zauważyć. Odróżniamy się od Tubylców a białasów obok nas innych nie ma. Jeden z policjantów, chyba jakiś ważny, trochę znudzony poprosił o paszporty coś tam po hiszpańsku pogadał, zajrzał w jeden plecaczek i kazał iść. Jesteśmy wolni...hura, ale do śmiechu nie będzie w drodze powrotnej.
    Lot z Bogoty do stolicy Peru - Limy trwał ok. 3.5 godziny. Rzucało samolotem jak piłeczką do tenisa. Szczęśliwie jednak udało się wylądować o 2 w nocy. To jest jedno z cudowniejszych uczuć, kiedy wychodzi się z samolotu i nabiera całe płuca powietrza...peruwiańskiego powietrza. Wilgotnego, gorącego i charakterystycznie pachnącego zgnilizną. Wtedy też człowiek uświadamia sobie gdzie jest i że za moment zacznie się wielka przygoda.
    Na lotnisku czeka na nas Carlos z taksówką. To znaczy miał czekać, ale kartkę z moim imieniem zostawił ochronie lotniska a sam zniknął. Oczywiście zjawił się po 30 minutach po telefonie obsługi. No cóż, mamy czas. Jesteśmy zmęczeni, wskakujemy do taksówki i mimo senności oglądamy Limę nocą. Senność jednak mija w tempie ekspresowym, gdy Carlos wjeżdża na ulice miasta. Ratunku!! Nie wiemy co się dzieje. Carlosa nie obowiązywały żadne znaki drogowe, światła i ograniczenia prędkości. Nie wiadomo czy krzyczeć ze strachu czy się modlić. Normalnie szaleństwo i z tego wszystkiego ubaw na maxa. Jesteśmy w dzielnicy Miraflores pod hotelem...cali i zdrowi. Później takie jazdy taksówką to standard.
    Hostel w Miraflores to ogromna porażka. Hostel jak hostel, ale pokoje koszmarne. Małe, stare i paskudne. Teoretycznie można w nich mieszkać, ale nie za taką cenę a nasza jak się okazało była mocno wygórowana. Niestety w Peru byliśmy zaledwie kilka godzin i mimo że wiedziałem, że trzeba się targować to jakoś tak za późno przyszło nam to do głowy. No cóż, nie jesteśmy przyzwyczajeni do targowania się, źle się to nam kojarzy poza tym u nas w kraju nie ma takiej tradycji. Trudno, jak frajerzy daliśmy zarobić hotelowi. A niech tam, nie ma co narzekać. Jesteśmy przecież w Peru.
    Na Limę przeznaczamy 4 dni i całe szczęście, że tyle. Po odespaniu lotu i krótkiej aklimatyzacji, rano wyruszamy zwiedzać miasto. Jest piękna pogoda. Czyściutkie niebo i lekki orzeźwiający wiaterek z nad Pacyfiku. Jakże podła i zdradliwa pogoda. Jesteśmy w centrum - Plaza de Mayor. Plac, główne miejsce Limy jest niewielkie natomiast bardzo kameralne, domowe i żółte, bo kamienice wokół mają właśnie taki kolor. 9 rano prawie pusto. Zajęte tylko dwie ławeczki, kilka policjantek, sprzątacz, naciągacz z aparatem fotograficznym, wóz bojowy z karabinem na dachu - tuż przy bramie do pałacu prezydenckiego i my. O tej porze było to naprawdę magiczne miejsce. Próbujemy wejść do Katedry - bez efektu - otwierają od 10.00. Idziemy, więc na drugi plac Limy - Plaza San Martin. Ten wokół ma budynki w kolorze białym z pomnikiem gen. San Martin na środku, fontannami i basenikami. Niestety jedyne drzewko zajęte, więc schować się nie ma gdzie a słoneczko jakoś tak mocno grzeje. Całe szczęście wieje chłodny wiaterek znad oceanu, ale podły skutecznie usypia naszą czujność.
    Spacerujemy po kolonialnej Limie. Odnaleźliśmy dworzec autobusowy Ormeno, żeby na przyszłość wiedzieć gdzie jest i wracamy na Plaza de Mayor, aby wejść do Katedry. Niestety nie wejdziemy - jest 12.00 a pod katedrą właśnie rozpoczyna szoł peruwiańskie wojsko. Orkiestra wojskowa i kilkudziesięciu żołnierzy pokazujących sztuczki z karabinami w rytm granej muzyki. Do tego komplikują wszystko marszowymi krokami. Mnóstwo ludzi, turystów a słońce grzeje. Idziemy napić się czegoś zimnego i napełnić brzuchy. Do katedry jeszcze wrócimy. Jedzonko. Jest to rzecz, na którą zwracam ogromną uwagę. Lubię jeść i delektować się smakami. Potrawy w menu są mi zupełnie nieznane. Jednak dominuje pollo, czyli kurczak. Zamawiam pollo a la plancha. Smaczny kurczaczek smażony na patelni z sokiem z limonki i sosem sojowym z frytkami do tego piwko cusquena - pychotka. Na deser jugo de pina - jej, jakie to smaczne. Po jedzeniu idziemy do kościoła Świętego Franciszka i wchodzimy do katakumb, w których znajdują się tysiące ludzkich kości. Dość makabryczny widok, ale samo zwiedzanie fantastyczne. Wychodzimy na zewnątrz. Wszyscy jacyś tacy rumiani albo mi się tylko tak wydaje. Wracamy do głównej katedry - nie wejdziemy - już zamknięta. Późnym wieczorem wracamy do hotelu. Już mi się nie wydaje, wszyscy nie są rumiani a czerwoni jak buraki. Dopiero wieczorem widać jak pięknie spaliliśmy się na słońcu. Ten podły wiaterek tak nas uśpił, że nie przyszło nam do głowy wysmarować się mazidłem z filtrem a tym bardziej nałożyć coś na głowę. Spalone mamy twarze. Ja z Adamem nie tak bardzo, bo tylko nosy i delikatnie czoła. Dwaj pozostali spalili się tak bardzo, że wieczorem dostali gorączki. W ruch poszły spraye, kremy i opatrunki na poparzenia słoneczne. Trzeba było też wspomóc się tabletkami przeciwbólowymi. Następny dzień przesiedzieliśmy w hotelu. Ja z Adamem dałem radę wyjść na zewnątrz, wiec zrobiliśmy zakupy i szybki powrót. Pozostali przechodzili męki, najbardziej Krzysiek. Cały dzień smarowanie maściami. Wieczorem lekko wszystko przygasło, ale powychodziły piękne bąbelki na skórze, tworząc prawdziwy pancerz. Widok kosmicznie śmieszny, ale cóż następny dzień to wylot do Pucallpy i spotkanie z Amazonią.
    Rada - będąc w Peru nieważne czy świeci słońce czy jest gęsta mgła należy smarować się kremami z filtrem - słońce pali niesamowicie. W dzień odlotu do Pucallpy postanawiamy pojechać do Pachacamac - ruin starożytnego miasta zbudowanego z gliny adobe oddalonego od Limy ok. 30 km. Miejsce niezwykłe gdyż jest doskonale zachowane i położone w pięknym miejscu - tuż przy oceanie. Wracamy z Pachacamac i wylot do Pucallpy.
    W Internecie a także i w przewodnikach bardzo polecano, aby na miejscu skontaktować się z Gilbertem, który jest miejscowym przewodnikiem. Tak też zrobiłem. W Limie napisałem maila do Gilberta, który już w Puccalpie czekał na nas na lotnisku. Wsiedliśmy do motoriksz i popędziliśmy do miejscowości Yarinacocha.
    Yarinacocha to wioska nad jeziorem o tej samej nazwie, z której wyrusza się do dżungli. Z pobytu tam jest plus i minus. Minus to to że była wtedy pora deszczowa. Ukajali niesamowicie mocno wylała. Deszcz nie był uciążliwy a wręcz przeciwnie, fajnie było przeżyć amazońską ulewę, ale Gilbert nie polecał w tym czasie noclegu w prawdziwej dżungli, bo... prawie wszystko było pod wodą a ewentualny ląd był bardzo grząski. Nocleg wiec był w hotelu. Plusem natomiast było to że dzięki podwyższonemu poziomowi wody łodzią mogliśmy wpłynąć w takie miejsca do których podczas pory suchej dotarcie byłoby niemożliwe. Zatem rano spotkanie w porcie, "zaokrętowanie" na drewnianej łodzi i wypłynęliśmy. Najpierw jeziorem Yarinacocha by po godzinie wpłynąć na Ukajali.
To było cudowne uczucie, kiedy zobaczyłem rzekę, o której czytałem pierwszy raz w dzieciństwie. Ogromna w kolorze kawy z mlekiem po horyzont. Potężny silny prąd, który porywał drzewa. Siedziałem w milczeniu i chłonąłem jej niesamowity zapach. To naprawdę Ukajali. Łodzią płyniemy przy brzegu gdyż środkiem jest za mocny nurt a brzeg porośnięty bananowcami, eukaliptusami, co pewien czas odkrywa nam swoje piękno. Przede wszystkim duże ilości zwisających z drzew leniwców - jest ich tam naprawdę dużo. Wylegujące się na drzewach iguany, wiszące gniazda, termitiery i nieznane nam ptaki. Silnik łodzi skutecznie zagłusza odgłosy dżungli, ale gdy wpływamy kanałami w jej głąb Gilbert wyłącza silnik i płyniemy na wiosłach. Odgłosy są nie do opisania. Kolejnego dnia ponownie spotkanie z Gilbertem w porcie i tym razem płyniemy na spotkanie z Indianami Shipibo w wiosce San Francisco a także mamy nadzieję zobaczyć słodkowodne ukajalskie delfiny.
    Po kilkugodzinnym płynięciu docieramy do wioski Indian. Indianie Shipibo są na wpół cywilizowani. Mieszkają w wiosce, w której jest kilkadziesiąt drewnianych pokrytych liśćmi domków, kościółek a także plac z ciekawie zbudowanym targowiskiem. Indianie są bardzo mili. Zostajemy zaproszeni do domu jednej z rodzin. Tam też zostaliśmy "zaatakowani” przez domowników w celu kupowania ich rękodzieła. Sposób był dość natarczywy, ale nie powiem to, co wyłożyli na podłogę było piękne. Tradycyjne rękodzieło Indian to przede wszystkim gliniane naczynia i ozdóbki z tego, co daje natura np. nasiona, pestki, skorupki. Robią z tych rzeczy naprawdę cudeńka. Kupujemy kilka rzeczy i chyba w zamian za to gospodarz przynosi całą miskę świeżo nałapanych ryb. Koszmarki i potworki, ale z łatwością rozpoznaję piranie, których jest najwięcej. Inne rybki wyglądają jak z filmów przyrodniczych o zaginionych zwierzętach. Ponoć smaczne. W wiosce spędzamy jeszcze trochę czasu, spacerując ich "uliczkami" i zaglądając gdzie się da.


                                                                              

                                                                                                                                 1 2 3


Powrót